Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2013

Tajemnica małej półfrankówki :-)

Ostatnio nasi rodzice przygotowują się do wakacyjnych odwiedzin w Burglauenen. W związku z tym mój tata przypomniał mi o czymś, co też mnie kiedyś zaciekawiło, ale jakoś z czasem przeszłam nad tym do porządku dziennego. Otóż moneta warta 50 rappenów (rappen to jedna setna franka) jest mniejsza od tych wartych 10 i 20. I w ogóle jest malutka. Dlaczego?

Trochę poszperałam, aż wreszcie przyszło mi do głowy, żeby zajrzeć na stronę mennicy szwajcarskiej, gdzie powyższe pytanie znajduje się na liście pytań często zadawanych (http://www.swissmint.ch/de-haeufigefragen.html).

Zanim dokonam tłumaczenia kreatywnego :-), ciekawe jest też to, że ta właśnie mała moneta warta 50 rappenów jest tak naprawdę półfrankówką, tzn. na jej rewersie widnieje napis 1/2 Fr. a nie 50 (rappenów).
I to właśnie jest małą wskazówką do rozwiązania całej zagadki.

zdjęcie ze strony http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f5/F%C3%BCnfzigrappen.jpg

Zacznijmy od tego, że do roku 1798 (czyli roku, w którym utworzono Republikę Helwecką) w obrocie znajdowało się około 860 monet (liczba - za Wikipedią)  o różnych wartościach, należących do różnych systemów monteranych. W 1798 postanowiono tę sytuację uporządkować, ale rok 1803 przyniósł rozwiązanie Republiki Helweckiej i ponowny chaos monetarny.
I dopiero w roku 1850 zdefiniowano franka szwajcarskiego, określając ile ma ważyć srebrna moneta jednofrankowa. Wprowadzono też srebrną pięciofrankówkę (ważącą 5 razy tyle co 1 frank), dwufrankówkę i właśnie monetę 1/2 franka. Ta ostatnia, jako że musiała ważyć połowę tego co jednofrankówka, wyszła dosyć mała (rozmiarowo taka jak dzisiaj). W celach praktycznych wypuszczono też mniejsze nominały, ale te były niejako "uzupełniające", tzn. nie były już bite ze srebra i nie obowiązywał ich powyższy przelicznik wagowy do franka. Dodatkowo, gdyby miały rozmiarowo nawiązywać do wyższych monet, byłyby naprawdę bardzo malutkie. Tak więc wprowadzono monety 1 i 2 rappeny z brązu, oraz 5, 10, 20 wykonane z bilonu.
Z czasem, kiedy wartość srebra przekroczyła wartość monet z niego wykonanych, zastąpiono go miedzioniklem (z niego również zaczęto bić 10 i 20 rappenów). Zmniejszono też pięciofrankówkę (chociaż ciągle jest to duża moneta) oraz wycofano z obiegu monety 1 i 2 rappeny. Jeśli chodzi o te ostatnie, to ciekawe jest, że niektóre ceny w sklepach cały czas mają końcówki niepodzielne przez 5 rappenów. Dopiero w przy kasie, po zsumowaniu cen wszystkich artykułów, końcowa kwota jest zaokrąglana tak, żeby dało się ją zapłacić.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Nasza wiosna

Jako że ponownie nastąpiła długa przerwa w nadawaniu, spieszę z kilkoma słowami, jak nam się żyje tutaj pod Maennlichen (bo na zboczu tej górki mieszkamy). 
Końcówka zimy przebiegła w miarę gładko. To znaczy nie było jakichś dużych mrozów, zatem nasze ogrzewanie na drewno dawało radę i w domku było ciepło. Musieliśmy jeszcze raz wyczyścić komin, ale widać było w tym procesie większą sprawność niż za pierwszym razem. Niestety kręta budowa rury łączącej piecyk z kominem głównym powoduje, że prawdopodobnie co przynajmniej dwa miesiące grzania czynność tę trzeba będzie powtarzać :-(

Wraz z pierwszymi wiosennymi dniami wzmożył się ruch na naszej uliczce. Właściciele okolicznych łąk rozpoczęli kursowanie góra-dół celem sprzątania, a potem nawożenia. Odkurzali więc liście, wyrównywali gdzienigdzie ziemię, a potem nawozili łąki po to, aby ich podopieczni mogli spożywać 80 kg trawy dziennie (na głowę - tyle przynajmniej jedzą krowy z Gruyères, jak się dowiedzieliśmy). Również łąka wokół domku, w którym mieszkamy jest przeznaczona na siano, a następnie pastwisko jesienne dla sześciu cielaków. 

W międzyczasie wiosenne dni były przetykane atakami zimy (ten z 20. kwietnia)


Ostatni śnieg spadł jeszcze 29. maja :-)

W tym czasie Grindelwald, będący żyjącym zimowym kurortem narciarskim, wraz z zamknięciem ostatnich wyciągów wymarł. Na ulicach żywego ducha, restauracje i hotele pozamykane. Ci, którzy pracują tu sezonowo, powyjeżdżali na wakacje. Nasz ulubiony bar Avocado przez jakiś czas również zamknięty, a boulderownia czynna codziennie tylko do 17tej. W czerwcu miasteczko zaczęło ponownie odżywać i w tej chwili można powiezieć, że sezon wakacyjny w pełni. 
Swoją drogą Grindelwald (bądź okolice) jest naprawdę fajnym miejscem do mieszkania. Wszyscy są tu bardzo otwarci na obcokrajowców, jako że jest ich tu całkiem sporo. Można poznać ciekawych ludzi z różnych miejsc, kórzy w pewnym momencie postanowili tu zamieszkać. I tak, przez pierwsze dwa miesiące po przerowadzce poznaliśmy chyba więcej osób niż przez cały czas mieszkania pod Bernem. 
W razie odwiedzin polecam bar Avocado, który prowadzi Australijczyk Alex i w którym to właśnie można spotkać różnych interesujących ludzi. Niestety tutejsi wspinacze chyba do barów nie chodzą, więc trzeba szukać innych miejsc na ich poznanie :-) Dwa razy co prawda parkowaliśmy koło samochodu Ueliego, ale w czasie kiedy my jeździliśmy na nartach, on pewnie biegł w adidaskach na Kleine Scheidegg...

Zmuszeni byliśmy również kupić z dnia na dzień samochód. Ostatnio bowiem tutejsza policja postanowiła odzyskać pieniądze, z którymi zalegają kierowcy zagraniczni (tzn. ci z zagranicznymi rejestracjami). Podobno  Szwajcarzy nie mają możliwości uzyskania danych potrzebnych do przesłania mandatu takiemu obcokrajowcowi pocztą. Zatem rozpoczęli konsekwentne zatrzymywanie obcych samochodów i sprawdzanie czy nie mają czegoś na sumieniu. I tu uwaga, jeśli nie jest się zameldowanym w Szwajcarii, mandaty trzeba zapłacić na miejscu. Przy okazji zatrzymania Bobka, okazało się, że nie może na co dzień jeździć samochodem swojej mamy, mimo że jest wpisany w papierach jako jego użytkownik. Z zaawansowanym pozwoleniem na pobyt, po roku od przyjechania do CH, może bowiem jeździć tylko samochodem ze szwajcarskimi rejestracjami. Pan policjant bardzo uprzejmie przeprosił też, że popsuł Bobowi dzień :-) 

p.s. dzisiaj, godzina 19ta: znowu palimy w piecyku, tak zimno! brrrrr.....
p.s.2 z tymi mandatami wysyłanymi poza Szwajcarię, to chyba jednak jest tak, że tylko "małych" kwot nie wysyłają.



środa, 19 czerwca 2013

Rawyl


W poprzedni weekend postanowiliśmy wspomóc naszą słowacką koleżnakę Nene i odwieźć ją wraz z bagażami i kotem na trzymiesięczny pobyt w Crans-Montana w Wallis. Ulica, na którą miesliśmy dotrzeć to Route du Rawyl. A skoro tak, to uznaliśmy, że trzeba sprawdzić jak wygląda łatwe wspinanie w Rawyl.
W przewodniku, którym dysponujemy rejon ten ma cztery gwiazdki z pięciu. Ale ponieważ Rawyl znany jest raczej z trudnego wspinania, nie wiadomo było, czy i dla nas coś pięknego się tam znajdzie. Szczęśliwie okazało się, że i owszem. Ale zanim o wspinaniu, same okoliczności przyrody są tam przepiękne. Po wjechaniu na 1770 m n.p.m., naszym oczom ukazuje się taki oto widok (dokładniej naszym konkretnie oczom ukazał się dopiero następnego dnia rano, bo wjeżdżaliśmy już po ciemku):


I widok na drugą stronę doliny:


Przepiękne miejsce do biwakowania, nie tylko zresztą dla wspinających się. Można pospacerować po  okolicznych szlakach lub po prostu poodpoczywać na zielonej łące w nieodległym towarzystwie kijanek (odpowiednio poźniej żabek :-)).



Jeśli chodzi o samo wspinanie, nasz przewodnik dał nam możliwość wyboru pomiędzy czterema sektorami z prawie 150 drogami. A jest tam tego podobno znacznie więcej. 
W sektorze Paradis z łatwiejszych dróg możemy polecić Ambition, Tête en l'air (w naszym przewodniku 6a+, ale było to całkiem trudne. Przy połączeniu dwóch wyciągów w jeden wychodzi 35 metrów wspinania) i Perile jaune. I gorąco polecamy sektor Virus! Naprawdę przepiękna skała. Tutaj obowiązkowo Il est ne le pouêt i Virus. Również obowiązkowo 70 metrów liny. No i niestety obicie opisane jako "gut +" oznacza, że na przykład na 30 metrów wspinania wystarczy 9 ekspresów. Tym, którym płynie czeska krew w żyłach to w zupełności wystarcza, innym może być trochę straszno :-)

Tu Bobek właśnie skończył pierwszy wyciąg Virusa (6b):

Sektor Virus widziany z zejścia - pod skały się schodzi.

Ktoś nieznajomy wspinający się po czymś trudniejszym


I rzut oka na skały na pożegnanie



A że upał zrobił się niemiłosierny, ochrzciliśmy naszą ślubną łódeczkę w drodze do domu :-)




wtorek, 27 listopada 2012

Zibelemärit

Zibelemärit, czyli Zwiebelmarkt, czyli targ cebulowy. Ma miejsce w czwarty poniedziałek listopada w Bernie. Jest to wydarzenie na tyle znane i atrakcyjne, że przyjeżdżają na nie goście z całej Szwajcarii, a nawet podobno z sąsiadujących krajów po to, żeby zakupić bądź zjeść na miejscu ponad 50 ton cebuli :-)
Oficjalnie rozpoczyna się o szóstej rano, ale w rzeczywistości już od czwartej sprzedawcy są gotowi serwować cebulę pierwszym odwiedzającym. Nie znalazłam w sobie wystarczającej siły, aby pojechać do Berna tak wcześnie. Ale podobno właśnie rano są tam największe tłumy. Pojechałam po południu, skuszona nieodłączną atrakcją targu, czyli bitwami na konfetti, które podobno odbywają się z największą siłą w okolicach 16tej.

I było naprawdę śmiesznie. Rzucanie konfetti w innych nie jest tylko zabawą dla dzieci. Rzucają wszyscy we wszystkich. Dwa razy zostałam obrzucona kolorowymi kawałkami papieru przez eleganckich panów wyglądających na śmiertelnie poważnych. Starsze panie, które powolutku posuwały się za pomocą laski miały kolorowe konfetti w swoich siwych włosach. W czasie, kiedy ktoś próbował wytrzepać sobie ścinki papieru zza kołnierza, został zaatakowany nimi ze zdwojoną mocą :-) Oprócz tego popularnym gadżetem były plastikowe młotki, które piszczą, kiedy się nimi uderza. Mimo usilnych prób omijania młotkowych band i mnie się dostało po głowie.

ladowanie broni











Cały kolorowy tłum przemieszczał się między straganami, na których można było kupić właściwie wszystko. Ale powtarzały się, jak na festiwal cebulowy przystało, tarty cebulowe, zupa cebulowa, wiązanki cebulowe. A do tego grzane wino.





koraliki z cukierkow 


Jak udało mi się dowiedzieć, ten cebulowy targ jest pozostałością po czternastodniowych targach jesiennych w Bernie. Pierwszy taki targ miał miejsce w 1439 roku, w osiemnastym wieku natomiast mieszkańcy Berna dopuścili do sprzedaży handlarzy z zewnątrz, oddając im do dyspozycji poniedziałek przed rozpoczęciem targu. I tak od połowy dziewiętnastego wieku (wtedy wybudowano kolej łączącą Berno z regionami rolniczymi) farmerzy z okolic Fryburga postanowili przywozić tu swoją, podobno wyśmienitej jakości, cebulę. I z czasem z całych czternastodniowych targów pozostał tylko ten jeden cebulowy dzień.
Jak powiedział mi jeden z panów sprzedawców (nie wiem właściwie, co takiego on sprzedawał): "We worship onion!" :-)

Troszkę rozczarowana byłam tylko tym, że cała impreza kończy się o 18tej, więc o porze kiedy pracujący ciut dłużej mogą wyjść na spacer. Centrum miasta wygląda wtedy jak pobojowisko. Ponieważ całe chodniki zasypane są papierkami, nikt nie trudzi się szukaniem koszy na śmieci i wyrzuca to, co mu akurat zbywa prosto na ulicę. Do tego zatacza się sporo tych, którzy wypili niemałe ilości grzanego wina. Rozpoczynają też swoją pracę głośne sprzątające samochody, żeby do rana nie został nawet ślad po kolorowych papierkach.

Ponieważ w porze, o której odwiedziłam targ, wyroby z cebuli były już mocno przebrane, a do tego w brzydkiej pogodzie nie poradziłam sobie ze zrobieniem zdjęć, można obejrzeć więcej na stronie http://www.pbase.com/tcom/zibelemarit.

wtorek, 15 maja 2012

Szwajcarska szkoła wspinania

Steinbruch koło Wimmis
Pojechaliśmy wczoraj wieczorem do odległego od nas o jakieś 50 km rejoniku wspinowego. Jest to dawny kamieniołom, więc bywa krucho. Tym niemniej nieduża odległość od domu, krótkie podejście i w sumie fajne, wymagające i długie drogi powodują, że jeździmy tam czasem, kiedy nie możemy poświęcić za dużo czasu na wspinanie.

Razem z nami dotarła na miejsce gromadka dzieci z panem instruktorem bądź opiekunem. Najpierw ów pan głosem Helgi opowiadał dzieciom o zasadach, po czym jego podopieczni rozpierzchli się po rejoniku. Zaczynam sobie powoli kształtować teorię, że Szwajcarzy wychowują swoich wspinaczy na twardych obywateli. Jeden z chłopców próbując dojść do pierwszego ringa dwa razy przyglebował z hukiem na plecy, co niespecjalnie zrobiło wrażenie na panu opiekunie. Następnie pan opiekun asekurował innego chłopca, który przy zjeżdżaniu ściągał ekspresy. Miał trochę problemów ze ściągnięciem najniższego, ponieważ pan nie bardzo miał ochotę na podejście do ściany. Za to poradził chłopcu,żeby czegoś się przytrzymał, on da mu luz i ekspres da się wypiąć. Szczęśliwie chłopiec trzymał się mocno... I tak dalej... Kiedy postanowiliśmy wracać, na parkingu spotkaliśmy rodzica, który czekał na swoją pociechę. Zapytał, czy dzieci jeszcze się wspinają. Powiedzieliśmy, że owszem i jak do tej pory wszystkie są całe i zdrowe. Nie jestem pewna, czy zrozumiał, co mieliśmy na myśli :-)



Kiedy zobaczyłam tę wczorajszą szkółkę, powoli zaczęłam rozumieć, czemu obrazki jak na zdjeciu po prawej nie są niczym nadzwyczajnym (ponieważ zdjecie nie jest powalającej jakości - wspinający się prowadzi i jest to droga raczej na jego limesie - na każdym przelocie bierze blok i koniec końców nie udaje mu się dojść do góry).



Do tego przypomniało mi się jak dwa razy dostaliśmy od zjeżdżających drogą Szwajcarów bez ostrzeżenia liną po głowie - z czego raz przy prowadzeniu. Jakiś czas temu Bob wybrał się ze znajomym w góry. Kiedy z planowanej przez nich drogi dobiegł język szwajcarski, natychmiast zmienili plany :-) 

środa, 14 marca 2012

Co zwiedzić

Oboje z Bobem nie jesteśmy specjalnymi fanami muzeów, więc uważnie wybieramy te, do których pójdziemy. I jak na razie tutejsze dwa, które odwiedziliśmy były strzałem w dziesiątkę. Celem tego wpisu miało być ich zarekomendowanie. Niestety, odwiedzając przed chwilą stronę internetową miejsca naszych ostatnich odwiedzin, dowiedziałam się, że Muzeum Zabawek w Davos 14tego kwietnia tego roku przestanie istnieć. Zrobiło mi się strasznie przykro, bo muzeum jest naprawdę cudowne. A i powód jest przykry - decyzja o zamknięciu związana jest z ciężką chorobą Angeli Prader, do której należą wszystkie wystawiane tam zabawki. 
Gdyby więc ktoś miał okazję być w tamtych okolicach do 13tego kwietnia, bardzo zachęcam do odwiedzin.
Nam udało się tam zajrzeć "dzięki" lekko uszkodzonemu w sobotę kolanu Boba. 

Zdjęcie pochodzi ze strony  http://www.spielzeugmuseum-davos.ch/00_frameset_de.html.    
Najstarsza z zabawek pochodzi jeszcze z 17tego wieku. Są  tam przepięknie wyrzeźbione z kości słoniowej miniaturkowe mebelki autorstwa więźniów wojennych z czasów Napoleona. Można obejrzeć moje marzenie dzieciństwa - miniaturkowe domki dla lalek, mini sklepy i apteki. Wśród nich jest też sanatorium z "Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna (przyznam, że nie czytałam, więc dla mnie podobnych - sanatorium z książki faktycznie znajdowało się w Davos). Są lalki z prawdziwymi włosami, pierwsze lalki Barbie oraz prototypy tychże (dosyć brzydkie :-)).
Dalej - marzenie dzieciństwa Boba, czyli pociągi (w pokaźnej ilości). A na ostatnim piętrze - metalowe zabawki ruchome.
Parę z tych zabawek można obejrzeć na stronie internetowej muzeum http://www.spielzeugmuseum-davos.ch/00_frameset_de.html. 









Innym muzeum, które warto odwiedzić, jeśli trafi się w szeroko pojęte okolice Berna (promień 70km :-)) jest Maison Cailler, czyli dom czekoladek firmy Cailler w Broc-Gruyere (to to Gruyere znane z serów). Skusiła nas oczywiście nazwa oraz obiecana degustacja czekoladek na koniec. Cały pokaz (bo po muzeum chodzi się razem z grupą) przygotowany jest z myślą o dzieciach, ale i my byliśmy zachwyceni :-). Jest historia czekolady  opowiedziana w wersji 4D (czwarty D powoduje, że cieknie ślinka :-)), worki z ziarnami kakao, które można sobie popodgryzać :-), mała taśma  produkująca czekoladki, a na koniec nieograniczona degustacja czekoladek Cailler! Dla chętnych jest też sala kinowa z krótkimi głównie starymi filmami o czekoladzie. No i oczywiście możliwość zakupienia w sklepie tych, które były wyjątkowo smaczne. Dla zainteresowanych informacje na stronie http://www.cailler.ch/en/Chocolaterie/Information.aspx  (wstęp dla dzieci do 16tu lat jest bezpłatny! :-)).






Po degustacji warto przejść się po okolicy fabryki czekoladek - miasteczko Gruyere i pobliskie jezioro są przepiękne. W Gruyere czeka jeszcze na nas muzeum Gigera, na razie odwiedziliśmy jego bar - polecam!
Na zdjęciu po lewej widoczne jest wnętrze baru wraz ze statywem do mikrofonu zaprojektowanym przez Gigera dla Korn. 















I do tego dla odwiedzających Berno mogę jeszcze polecić dwudziestominutowy "Bern show" serwowany za trzy franki w centrum informacji turystycznej przy parku z niedźwiedziami. Jest to krótka, ale bardzo ciekawie ozdobiona efektami historia Berna.





poniedziałek, 30 stycznia 2012

Recycling przez CH

Teraz trochę o śmieciach. Podobno Szwajcaria jest liderem jeśli chodzi o recycling. Nie wiem, na ile to aktualne dane, w każdym razie dobrze jej to wychodzi. Według danych sprzed paru lat ponad 40% śmieci jest recyclowanych. Zastanawiam się trochę, na ile wynika to z faktycznej dbałości o ekologię, a na ile z oszczędności. No ale liczy się efekt.

Idea polega na tym, że śmieci, których się nie segreguje, należy wyrzucać w specjalnie do tego przeznaczonych workach. Można je kupić w supermarketach, przy czym każda gmina ma swoje własne, być może różniące się cenami. Nasze Koeniz na przykład liczy sobie za jeden 35 litrowy worek 2 franki. Natomiast segregowanie nagradzane jest w ten sposób, że można takich śmieci pozbyć się za darmo pod warunkiem dostarczenia ich do specjalnych kontenerów oczywiście. 

I tak: segreguje się szkło. Są nawet trzy rodzaje pojemników - na szkło zielone, brązowe i "białe". Są pojemniki na puszki aluminiowe i pozostałe puszki osobno. W odpowiednie miejsca można też wyrzucić baterie a także olej silnikowy. Do tego są kontenery na butelki PET. Czasem razem z butelkami PET można wyrzucać również butelki po mleku, ale nie zawsze, więc należy uważnie przeczytać, co na takim kontenerze jest napisane. W niektórych miejscach na butelki po mleku jest specjalny pojemnik. Niestety, co jest w sumie dosyć zaskakujące, nie segreguje się pozostałych rodzajów plastików. W wielu miejscach są również pojemniki na kapsułki Nespresso (i tylko te).

Natomiast niezrozumiałym dla mnie utrudnieniem są papier i kartony. Te można wyrzucić tylko raz w miesiącu w wyznaczonych miejscach. Każda miejscowość ma swój kalendarz, który mówi, kiedy można pozbyć się swoich papierów. Jest to dosyć stresujące jak dla mnie :-), bo przegapienie TEGO dnia oznacza składowanie śmieci przez najbliższy miesiąc gdzieś w domu. Co więcej, trzeba się do tego całkiem przyłożyć. Przede wszystkim osobno należy przygotować papier, osobno kartony. I nie wszystko, co wydawało by się być papierem lub kartonem można wyrzucić - na przykład nie nadają się do tego serwetki papierowe, kartonowe opakowania po detergentach ani kartony po pizzy...
Po tym wstępnym posegregowaniu co wolno, czego nie wolno i co jest czym, należy poukładać papiery/kartony osobno w ładne kosteczki i związać je sznurkiem. Co do sznurka - nie jestem pewna, czy może być dowolny, więc na wszelki wypadek kupiliśmy sznurek, który się nazywa "recycling schnur". Miesięczny okres oczekiwania w razie niepowodzenia nie pozwala na eksperymenty :-) Absolutnie nie wolno wkładać papierów/kartonów np. do papierowej torby na zakupy, mimo że wydaje się to dobrym pomysłem - czasem ciężko przecież jest poukładać w kosteczkę porwane kawałki. Podobno w niektórych miejscach Szwajcarii jest to dozwolone, u nas nie. Niewłaściwe przygotowanie papierowych śmieci kończy się tym, że nie zostają zabrane i musimy się przemęczyć z nimi następny miesiąc...





piątek, 2 grudnia 2011

Korki

"You know you've been in Switzerland too long when you expect to be delayed by road works" and "you aren't surprised when a perfectly good road is torn and repaved".

Otóż wieczne roboty drogowe i spowodowane nimi korki są nie tylko polską przypadłością. Przyczyny tychże robót są faktycznie różne, tym niemniej liczą się przecież efekty. Generalnie jest to dosyć rozczarowujące, że w kraju, który jest pokryty autostradami wszędzie tam, gdzie tylko można, często nie da się polegać na czasach podanych przez google maps. 

Są trasy, na przykład dobrze nam swego czasu znana Zurych-Berno, na których należy stosować jak najbardziej  "polski" przelicznik czasu przejazdu. I remonty dróg nie są jedyną przyczyną. Tam po prostu zawsze w godzinach codziennego szczytu są korki. Remont jest tylko gwoździem do trumny.

Znana z korków jest również Bazylea w kierunku wjazdowym do ch. Szczególnie w niedzielę wieczorem, kiedy wraca się z weekendu. Trasa polecana Warszawiakom tęskniącym za krajem  (czyli czasem mnie :-)) - można poczuć się jak w Jankach :-).

Nasze pierwsze zetknięcie z legendarną pod tym względem Bazyleą było szczególnie bolesne, bo trafiliśmy dodatkowo na wypadek. I tu, kolejne rozczarowanie - informacja o tym, że nie jest to zwykły korek, wyświetlona była jedynie na tablicach znajdujących się tuż przed miejscem wypadku. Wszyscy nieszczęśnicy w ogonku (w tym my) sterczeli w pełnej nieświadomości. No bo przecież nigdy nie wiadomo, gdzie ten ewentualny wypadek jest i czy po przewleczeniu się ślimaczym tempem przez pół godziny warto jeszcze próbować potencjalne miejsce przestoju objechać. Tak więc nasza podróż opóźniła się o dwie godziny, czyli jakieś 100%.  Z bardziej pozytywnych aspektów tych dodatkowych dwóch godzin - całkiem cenny "widok" (a bardziej "usłych" :-)) Szwajcarów wygrywających na klaksonach melodyjki. Cenny, bo to naród jednak znacznie mniej wylewny niż my. 
i ciągle korek...



wtorek, 22 listopada 2011

Zakupy w Szwajcarii

W związku z uwagami napływającymi od mojego wiernego czytelnika (pozdrawiam Cię serdecznie Harasiu! :-)), postanowiłam zmierzyć się ze stopniowym opisywaniem kraju, w którym przyszło mi być. A właściwie z moim odbiorem jego mieszkańców i ich różnych zwyczajów. 
Dotychczasowa ubogość takich wpisów wynika głównie z faktu, że mało czasu spędzam z rdzennymi Szwajcarami. Tak więc wszelkie obserwacje mogą  być obarczone błędem. Rozpoczynam zatem od tego, co można zaobserwować "na ulicy".

Znalazłam gdzieś ostatnio blog z powielonym zdaje się tekstem pod tytułem "You know you've been in Switzerland too long when.." Niektóre z punktów są zapewne wspólne dla krajów niemieckojęzycznych, inne są chyba śmieszne dla nie-Europejczyków (tekst, zdaje się, jest napisany przez Amerykanina). W każdym razie postanowiłam uczynić z nich szkielet moich wpisów.

I tak na dzisiaj:

"You know you've been in Switzerland too long when you wonder why anyone would want to shop outside of working hours".

No właśnie. To jedna z rzeczy, do których ciężko mi się przyzwyczaić. To oczywiście bardzo miłe, że  sprzedawcy pracują wtedy, kiedy inni - zazwyczaj sklepy (włącznie w centrami handlowymi) czynne są do 18.30 lub 19.00. Biorąc pod uwagę to, że każdy w ciągu dnia ma przerwę na lunch, zakupy należy robić niezwłocznie po opuszczeniu pracy i na głodzie. Właściwie nie wiem, w jakich godzinach się tu pracuje, ale np. Bob obecnie kończy o 19tej, więc na luksus kupienia czegokolwiek poza czwartkiem i sobotą właściwie nie może sobie pozwolić. Dlaczego poza czwartkiem? Otóż w Bernie jest to dzień handlowy i wiele sklepów wydłuża godziny pracy do 20tej lub 21szej. W sobotę plany zakupowe należy realizować do 16tej lub 17tej. 
W niedzielę oczywiście wszystko jest zamknięte. To wszystko powoduje, że duże centra handlowe zatrudniają na soboty dodatkowe osoby do kierowania ruchem w okolicy sklepów.

To, co wydaje mi się zupełnie nielogiczne, to zagospodarowanie przerwy na lunch. Sklepy robią ją sobie w tym samym czasie, co firmy. W związku z tym jeśli ktoś akurat nie jest głodny w południe i chciałby ten czas jakoś wykorzystać, to pozostaje chyba tylko spacer po parku. Trochę tu wyolbrzymiam - istnieją sklepy otwarte w tym czasie (to te, które nie mają przerwy na lunch). Ale i tak nie rozumiem dlaczego te, które się zamykają,  nie mogą zrobić tego o ciut innej godzinie.

Wracając do niedzieli, tutaj jest według mnie największy hit. Bo tak naprawdę niezupełnie wszystko jest zamknięte - działają na szczęście stacje benzynowe i sklepy przy nich. Ale handel w nich jest objęty ograniczeniami. Można zakupić jedynie rzeczy nadające się do użycia w podróży. I tak: nie można kupić sześciopaku piw na wieczór, ale sześć sztuk piwa jak najbardziej. Na tej samej zasadzie nie będzie tam litrowych lodów. Można kupić banana, ale ogórka nie. Kiełbaska do zjedzenia na surowo jest dozwolona,  a taka przeznaczona do gotowania nie. Prezerwatywy tak, pasta do zębów nie, itd...  




środa, 24 sierpnia 2011

No comment...

Od jakiegoś czasu Berno obwieszone jest takimi plakatami:
Autor - szwajcarska partia SVP będąca najsilniejszą partią w izbie niższej parlamentu...
Jak dla mnie skojarzenia są jednoznaczne...Ktoś tu ma nie po kolei w głowie...

Poniżej plakaty sprzed zdaje się trzech i dwóch lat.. Widać tendencję.


sobota, 6 sierpnia 2011

Szwajcarzy

Ostatnio byłam świadkiem całkiem ciekawego i chyba jak dla mnie niezwykłego zdarzenia. Impreza. Ale nie w klubie z obcymi ludźmi, tylko w domu wśród znajomych (dla jasności, ja akurat nie znałam prawie nikogo, ale mam podstawy sądzić, że byłam jedną z nielicznych takich osób).

Jedna z dziewczyn, które przyszły ma ze sobą gitarę i w pewnym momencie zaczyna na niej grać. Do tego śpiewa. Bardzo ładny i naprawdę miły głos. Tyle że jest jakaś 22-23 wieczorem, a ona śpiewa raczej do spania, ale to nie jest jeszcze takie niezwykłe :-) 
Po jakimś czasie przestaje grać, wyciąga z torby płyty i rozdaje. Pomyślałam - jakie to miłe! :-) Okazało się, że płyty są jej debiutanckim nagraniem. No naprawdę miłe... Tyle, że okazuje się oczywiście, że nie są to prezenty.. Chcesz płytkę? 25 franków... Po chwili płytki zbiera (od tych, którzy ich nie chcą kupić) i rozdaje w zamian ulotki reklamujące tę właśnie płytę. Może ktoś się namyśli... Szwajcaria... Myślę, że przeżyłam mały "szok kulturowy".

Ale jeszcze dziwniej poczułam się (a nawet chyba mnie to uderzyło) jak parę minut po tym owa dziewczynka bez żadnego problemu przegrała sobie płytkę DubFX-a... Można ją bez przeszkód kupić na stronie zespołu za 14 euro (obecnie frank stoi dosyć wysoko, więc to naprawdę sporo mniej niż te 25 franków)...

Pamiętam jak za pierwszym razem spotkałam się w pociągu z głuchoniemymi, którzy rozdają maskotki albo inne drobiazgi, po czym przechodzą jeszcze raz i zabierają je tym, którzy nie ofiarują pieniędzy...Nie wiem, ile miałam wtedy lat, ale chyba nie za dużo, bo pamiętam jak się ucieszyłam, że ktoś mi coś tak po prostu daje. A teraz stary człowiek i dalej naiwny :-)


Bob opowiedział mi kiedyś taki kawał (istotna uwaga: żart ten opowiadają o sobie Szwajcarzy):

Bóg pyta Szwajcara, co mógłby dla niego stworzyć. Ten odpowiada: Góry.
Bóg: Proszę, masz góry, chciałbyś coś jeszcze?
Szwajcar: Poproszę krowę.
Bóg: Masz i krowę.
Jakiś czas potem..
Szwajcar: Chciałbyś Boże spróbować mleka? Bardzo dobre.
Bóg: Chętnie - próbuje - bardzo smaczne. Może chciałbyś coś jeszcze ode mnie?
Szwajcar: Tak, 2 franki za mleko się należy.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Szwajcaria patriotyczna

Taki krótki post zdjęciowy.. Poniżej obraz Szwajcarów patriotów (bo flagi wiszące przy każdym domu są chyba znane)

To są ciastka, dostępne codziennie (przynajmniej codziennie od miesiąca). Często w promocji, ale akurat tego dnia, którego robiłam zdjęcie nie... - zbliżał się 1szy sierpnia, więc pewnie cieszyły się popularnością.

To, w razie wątpliwości, jajka. Zastanawiałam się, co dzieje się ze wzorkiem, jak się je gotuje, ale Bob wyjaśnił mi, że są sprzedawane już na twardo!!