piątek, 26 października 2012

Po dłuuugiej przerwie

Długo nic nie pisałam z kilku bądź nawet kilkunastu przyczyn, ale nie wymienię żadnej, bo obawiam się, że wszystkie będą dosyć błahe i mało wiarygodne.
Przez ten czas sporo się wydarzyło. Dobrych, bardzo dobrych, takich sobie, ...  rzeczy.

fot: Pavol Konarik. I Tobie wielkie dzieki!
Po pierwsze i najweselsze - wzięliśmy ślub!!!
Do tego, był to najwspanialszy ślub, na jakim oboje byliśmy ;-) Wszystko było cudowne i mam nadzieję, że niezapomniane. Tutaj podziękowania dla rodziców, Madzi i wszystkich, którzy pomogli nam w organizacji całego "przedsięwzięcia". Dla Łukasza i Romka za bezinteresowne i piękne granie. Dla wszystkich, którzy przyjechali, weszli pod górkę i byli z nami. Dla wszystkich, którzy nie mogli przyjechać i w tym czasie ciepło o nas myśleli.

Przed samym ślubem było za to całkiem sporo stresu poczynając od samego zorganizowania potrzebnych papierów (nie jest najprościej wychodzić za obcokrajowca, który w dodatku mieszka poza swoją ojczyzną. Za to teraz służę radą, gdyby ktoś był w podobnej sytuacji :-)) na zupełnie przedślubnych niespodziewanych wydarzeniach kończąc. Zrozumiałam więc, o co chodziło w tych wszystkich pytaniach typu "I jak, stresujesz się już?".
W każdym razie szczęśliwie znalazły się i obrączki, i nie musieliśmy na dwa dni przed informować gości o zmianie godziny całej ceremonii.
W "nagrodę" dostaliśmy piękne kazanie ojca Norberta i w ogóle wszystko piękne,  żeby się nie powtarzać.








Poza ślubem wspinaliśmy się też w tym czasie trochę. Chociaż nie za dużo, bo w związku z kwestiami organizacyjnymi ja większość wakacji spędziłam w Polsce. Ale tutaj zadziałało chyba powiedzenie (zmieniłam je na swoje potrzeby), że kto nie ma szczęścia we wspinaniu, ten ma szczęście w miłości :-)

Generalnie prawie każdy nasz wyjazd był lekcją pokory. Nauczyliśmy się, że niekoniecznie należy wiązać się liną z kimś, kogo się nie zna. Że to, że ktoś wspina się przed nami w drodze (a nawet bardzo dużo ktosiów) zupełnie nie powinno nam przeszkadzać, bo jesteśmy chyba najwolniejszym zespołem w całej Szwajcarii :-)
Jestem zmuszona również przenieść w swoim kapowniczku Wacława na Mnichu do kategorii "drogi czwórkowe", bo tutaj naprawdę nie dostałby więcej. Biorąc dodatkowo pod uwagę jego obicie, nie wiem, czy w ogóle nie powinnam go wykreślić ze swoich osiągnięć. I jeszcze trochę by się tego znalazło.
Na razie jednak się powstrzymam.

Za to na jednej z naszych lekcji pokory na Wendenstock spotkaliśmy samego Michala Pitelkę!! I w dodatku na pocieszenie po tym, jak zaklinowała nam się lina na zjeździe i Bobek musiał prusikować do góry 60 metrów, dostaliśmy od niego czeskie Horalki :-)



Do tego dowiedziałam się, że myszy przepadają za selerem. Zjadły ponad połowę naszych ogródkowych warzywek tego gatunku!

Na razie takie wszystko i nic jako zapowiedź ciągu dalszego!



środa, 13 czerwca 2012

Gastlosen

Zdjęcie z połowy kwietnia 2011, więc jeszcze mało zielono
Gastlosen to moja zaległość blogowa. Byliśmy tam już chyba pięć razy, ale jakoś nigdy nie udało mi się zabrać do napisania o tym. Właściwie był to nawet pierwszy szwajcarski rejon wspinaczkowy, w którym byłam razem z Bobem, więc tym bardziej szczególny :-)

Może po kolei. Jest to spory rejon wapienny położony w kantonie Fribourg w tak zwanym Przedalpiu (dziwne słowo po polsku). Drogi są obite, jedne gęściej, inne rzadziej (informacja o tym jak są obite, umieszczona jest w przewodniku, o którym niżej). Łącznie jest ich ponad 800.

Mogę polecić przewodnik "Gastlosen.ch" (autorzy: Luc-Henri Clement, Peter Gobet, Claude Philipona). Niestety wbrew swojej nazwie przewodnik nie jest dostępny w sieci, ale w formie papierowej, za którą trzeba zapłacić. Jest za to całkiem starannie przygotowany i właściwie jest jedynym kompleksowym zbiorem topo Gastlosen. Jego wadą jest natomiast fakt, że pochodzi z 2008, a w rejonie tym prowadzone są ciągle prace nad nowymi drogami. Także niestety w niektórych miejscach jest już mało aktualny, co potrafi wprowadzić w błąd.

Właściwie do czasu pisania tego posta byłam przekonana, że Gastlosen to przede wszystkim drogi wielowyciągowe. A to dlatego, że do tej pory wszystkie nasze wycieczki rozpoczynały się na jednym parkingu i obejmowały obszar temu jednemu najbliższy. I w tych sektorach faktycznie dróg jednowyciągowych nie ma aż tak wiele. Okazuje się jednak, zgodnie ze statystyką podaną w przewodniku, że większość dróg jest jednowyciągowa. To jednak nie powinno zmartwić specjalnie fanów wspinania wielowyciągowego. Dróg mających więcej niż 4 wyciągi w 2008 roku było 70. Niektóre z nich dochodzą do 400 metrów.

Natomiast jeśli chodzi o przedział trudności - od dwóch najłatwiejszych za 2a :-) po hardkorową 8c+. Chyba największy wybór mamy w przedziale 6a - 7b, ale znowu nie oznacza to, że poza tym przedziałem dróg jest mało. Nawięcej trudnych dróg znajduje się od północy. Tam jeszcze nie zawitaliśmy, ale mam nadzieję że trafimy tam w jakiś upalny weekend. Cały rejon położony jest powyżej 1500 m n.p.m. Otaczają go poważniejsze góry, więc północna strona powinna być akurat na wysokie temperatury. Z jednego ze zdjęć przewodnikowych wynika, że Gastlosen odwiedziła Josune Bereziartu (to tak w ramach reklamy :-)).


Generalnie Gastlosen to wspinanie w pięknych okolicznościach przyrody. Nie są to groźne niedostępne góry, ale turnie wyrastające z windowsowo zielonych pofałdowanych łąk. Podejścia mieszczą się w większości w godzinie. Można w ich trakcie pogwizdać z mało lękliwymi świstakami, pogłaskać krowy, kozy, podziwiać kozice w akcji albo zwyczajnie zostać okradzionym z ciastek przez kruki. To ostatnie to już raczej podczas wspinania, kiedy zostawimy na dole jedzenie w plecaku.  Należy plecak dokładnie zamknąć, ponieważ samo przykrycie go klapą nie odstrasza tutejszych ptaszydeł. Naprawdę - nasi znajomi pozbyli się w ten sposób całej nieotwartej jeszcze paczki ciastek!

Potrafi być tłoczno na ścianach najbliżej parkingu. Doświadczyliśmy tego ostatnio na Grand Orgue.
Ale wystarczy pójść ciut głębiej i tłumy się rozmywają.

Tutejszy wapień jest ostry, na pewno nie można zgonić niepowodzeń na złe tarcie. Na razie mogę pisać tylko o tej częsci, w której byliśmy. Jest sporo płyt i połogiego tarciowego wspinania. Często na tychże płytach są naturalnie wyrzeźbione rynny, które są świetnymi chwytami na ścisk. Ale są też drogi pionowe, a także przewieszone. Są też rysy. Po tym co widziałam na własne oczy i po tym, co widać na zdjeciach w przewodniku (a zdjęć jest tam naprawdę sporo), wspinanie w całym rejonie jest bardzo urozmaicone.

Warto wziąć ze sobą kask, bo mimo że drogi są raczej lite, nad nimi gdzieniegdzie może być krucho.

Jeśli chodzi o spanie - z tańszych niż pensjonaty opcji przewodnik wymienia kemping w Jaun, którego absolutnie nie polecam. Jest to po prostu kawałek łąki w nieładnym miejscu nazwany kempingiem. Można dogadać się z właścicielami ziemi już przy samych parkingach na górze i za ich pozwoleniem rozbić sobie tam namiot. Na pewno nie polecam robić tego bez ich pozwolenia, ponieważ potrafią być bardzo niemili nawet bez jasnej przyczyny.
Aha, jeśli jadąc na parking natkniemy się na zagrodzoną dwoma ruchomymi drutami drogę, to nie należy się wycofywać, ale delikatnie przez nie przejechać. Są to pastuchy dla krów.

Polecam!!





Potrafi być tłoczno...Grand Orgue


Widok na Gastlosen zimą




czwartek, 31 maja 2012

Ponte Brolla

Ostatnie dwa weekendy w kantonie Bern były przedłużone z racji przyweekendowych świąt (17ty maja to Święto Wniebowstąpienia, a 28my to Zielone Świątki). Dodatkowa informacja o kantonie pojawiła się, ponieważ poza świętem narodowym 1go sierpnia, wszystkie inne dni wolne od pracy ustalane są w każdym kantonie osobno. A nawet może się zdarzyć, że w ramach jednego kantonu jedne dystrykty święto obchodzą, a inne nie. I przykładowo Święto Wniebowstąpienia jest dniem wolnym od pracy wszędzie (ale na mocy osobnych ustaleń kantonalnych), natomiast Zielone Świątki już nie.

Ponte Brolla, rzeczka w dole 
W pierwszy z długich weekendów postanowiliśmy wybrać się do Ponte Brolla. Bob był już kiedyś raz w okolicy.
Dla mnie było to pierwsze wspinanie w Tessinie bądź inaczej Ticino, czyli włoskim kantonie w południowej Szwajcarii. Do tego tym razem jechaliśmy nie sami, a z poznanymi przez Boba w zimie, a przeze mnie tuż przed wyjazdem Magdą i Pawłem, którzy mieszkają aktualnie w Lozannie. Była to naprawdę nowa jakość, ponieważ do tej pory na wyjazdy weekendowe jeździliśmy raczej sami z braku znajomych wspinaczkowych. Sama droga do Ponte Brolla, kiedy jedzie się od zachodu przez Simplon Pass jest przepiękna - ochrzciłam ją nawet mianem najpięknięjszej, jaką do tej pory jechałam tu samochodem. 


Wszystkie zdjęcia, które zamieszczam w tym poście są autorstwa Magdy bądź Pawła. My niestety zapomnieliśmy zabrać baterię do aparatu :-)




Niby tylko 5b...
Ponte Brolla to rejon gnejsowy z kapitalnym tarciem i krótkim podejściem między palmami. I w zasadzie dla każdego coś się tam ciekawego znajdzie.

Jest sektor z dużą ilością łatwych i, co ważne, bardzo ładnych dróg. Pierwszego dnia po podróży poszliśmy rozruszać się właśnie tam. Niektóre drogi są jednowyciągowe, inne można kontynuować i w ten sposób robić 3-4 wyciągi. Drogi między sobą można również kombinować, bo po pierwszym wyciągu jest wielka póła, po której można spokojnie spacerować. Rewelacja. Początkowo uznaliśmy, że wyceny są całkiem wymagające, ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia i obycia z rejonem (coś jak pierwsza wizyta bywalca Jury w Sokolikach :-)). Wiele dróg to połogi.





Następne dwa dni spędziliśmy z kolei w sektorze obfitującym w trudne wspinanie wybierając drogi z niższej cenowo półki :-) Sektor jest naprawdę przepiękny - drogi od połogich przez pionowe po przewieszone. Estetyczne, w większości długie, niektóre techniczne uczące pokory :-)

Zdecydowanie jest to jeden z piękniejszych rejonów w jakim byłam. Zachęcam więc gorąco do odwiedzenia.
A my póki co zostawiliśmy tam napoczęte wyzwania, więc see you Ponte Brolla :-)







środa, 30 maja 2012

Mój pierwszy prawdziwy chleb :-)

Cały tydzień żyłam swoim pierwszym prawdziwym chlebem. Prawdziwym, to znaczy takim na zakwasie. 
Po serii trzech zdaje się nieudanych chlebów żytnich na drożdżach (robionych na oko, twardych jak kamień z jeszcze twardszą skórką), wyczytałam, że dobry chleb żytni można zrobić jedynie używając zakwasu. Do tego znalazłam bardzo fajnego bloga wypiekowego, którego swoją drogą gorąco polecam:  http://pracowniawypiekow.blogspot.com.

I tak tydzień temu zmieszałam pierwszą porcję mąki z wodą, po czym przez cały dzień z niepokojem patrzyłam na słoik z przyszłym zakwasem. Martwiłam się, że może mu za zimno, więc usiłowałam dogrzać go lampką halogenową :-) Ponieważ w ciągu doby nie dał znaków życia, dokarmiłam go i przy robieniu porannej kawy postawiłam go blisko kuchenki i tak sobie stał  cały dzień. Ku mojej radości zaczął tworzyć bąbelki a następnego dnia rano zastałam go w stanie "wykipianym". W nagrodę znowu dostał jeść. Potem jeszcze martwiłam się, że źle pachnie i że może się popsuł. Ale na pocieszenie wyczytałam, że młodych zakwasów wąchać nie należy :-)

Szóstego dnia uznałam, że jest już na tyle dojrzały, że można przygotować zaczyn. Celem był "najłatwiejszy chleb żytni" z wyżej wspomnianej strony (http://pracowniawypiekow.blogspot.com/2009/08/najatwiejszy-chleb-zytni.html). 

W ogóle to niesamowite, jaką poważną sprawą jest taki chleb. Ja w każdym razie od momentu ostatniego dokarmiana zakwasu całym sercem byłam z moim wypiekiem. Zaczyn trzeba zostawić na 12-18 godzin w spokoju - oczywiście sprawdzałam nie przeszkadzając,  czy rośnie. Potem przygotowanie ciasta - w tym celu wstałam wcześniej niż zwykle na wszelki wypadek, żeby zaczyn nie stał zbyt długo. Potem trochę stresu, bo wydawało mi się, że ciasto z przepisu wyszło za gęste. Z drugiej strony był to mój pierwszy chleb, więc właściwie po czym ocenić, że za gęste. Ale ponieważ moja mieszanka zdawała się mieć inną konsystencję niż ta ze zdjęcia na blogu, zaryzykowałam i dodałam więcej wody. Ufff....Potem około pięciogodzinne wyrastanie. Pieczenie. Wyjmowanie z formy (trochę się przykleił). Stygnięcie (koniecznie na kratce, a nie na talerzyku tak jak robiłam to z moimi kamiennymi drożdżakami). I udało się!! Jest przepyszny :-) 

Jego trapezowaty kształt wynika z tego, że udało mi się ostatnio kupić dobry i bardzo tanio tak zwany garnek rzymski. Tyle, że ten konkretny model jest "klasyczny", a nie do chleba ściśle. Więc kształt niechlebowy. 

Polecam!




wtorek, 15 maja 2012

Szwajcarska szkoła wspinania

Steinbruch koło Wimmis
Pojechaliśmy wczoraj wieczorem do odległego od nas o jakieś 50 km rejoniku wspinowego. Jest to dawny kamieniołom, więc bywa krucho. Tym niemniej nieduża odległość od domu, krótkie podejście i w sumie fajne, wymagające i długie drogi powodują, że jeździmy tam czasem, kiedy nie możemy poświęcić za dużo czasu na wspinanie.

Razem z nami dotarła na miejsce gromadka dzieci z panem instruktorem bądź opiekunem. Najpierw ów pan głosem Helgi opowiadał dzieciom o zasadach, po czym jego podopieczni rozpierzchli się po rejoniku. Zaczynam sobie powoli kształtować teorię, że Szwajcarzy wychowują swoich wspinaczy na twardych obywateli. Jeden z chłopców próbując dojść do pierwszego ringa dwa razy przyglebował z hukiem na plecy, co niespecjalnie zrobiło wrażenie na panu opiekunie. Następnie pan opiekun asekurował innego chłopca, który przy zjeżdżaniu ściągał ekspresy. Miał trochę problemów ze ściągnięciem najniższego, ponieważ pan nie bardzo miał ochotę na podejście do ściany. Za to poradził chłopcu,żeby czegoś się przytrzymał, on da mu luz i ekspres da się wypiąć. Szczęśliwie chłopiec trzymał się mocno... I tak dalej... Kiedy postanowiliśmy wracać, na parkingu spotkaliśmy rodzica, który czekał na swoją pociechę. Zapytał, czy dzieci jeszcze się wspinają. Powiedzieliśmy, że owszem i jak do tej pory wszystkie są całe i zdrowe. Nie jestem pewna, czy zrozumiał, co mieliśmy na myśli :-)



Kiedy zobaczyłam tę wczorajszą szkółkę, powoli zaczęłam rozumieć, czemu obrazki jak na zdjeciu po prawej nie są niczym nadzwyczajnym (ponieważ zdjecie nie jest powalającej jakości - wspinający się prowadzi i jest to droga raczej na jego limesie - na każdym przelocie bierze blok i koniec końców nie udaje mu się dojść do góry).



Do tego przypomniało mi się jak dwa razy dostaliśmy od zjeżdżających drogą Szwajcarów bez ostrzeżenia liną po głowie - z czego raz przy prowadzeniu. Jakiś czas temu Bob wybrał się ze znajomym w góry. Kiedy z planowanej przez nich drogi dobiegł język szwajcarski, natychmiast zmienili plany :-) 

środa, 18 kwietnia 2012

Z serii "You've been in CH too long..."

"You know you've been in Switzerland too long when you think it's economically wasteful to have more than one brand of a product in a store"

Czytam właśnie książkę "TAK! 50 sekretów nauki perswazji" (swoją drogą dla tych, którzy mnie dobrze znają, musi być to całkiem zabawne). Jeden z rozdziałów to "Kiedy - oferując ludziom więcej - sprawiamy, że chcą mniej?". Idea polega na tym, że w pewnych kwestiach nie można przedstawiać ludziom zbyt różnorodnej oferty, bo czują się zagubieni i odechciewa im się wybierać cokolwiek spośród tego ogromu możliwości.

I zdaje się wiedzą o tym dobrze w Szwajcarii. Jedną z kolejnych rzeczy, które mnie tu zaskakują, jest stosunkowo nieduży wybór marek produktów w sklepach. Nie dotyczy to serów i innych przetworów mlecznych oraz prawdopodobnie mięsa (tego ostatniego jemy śladowe ilości, więc nie bardzo zwracam uwagę, ale zajmuje sporą część sklepu. A może właśnie jest go tak dużo, że odechciewa mi się wybierać? ;-)).
Ale kiepsko jest już na przykład ze słodyczami. Przynajmniej jak na kraj czekoladą płynący. Np. w jednej z największych sieci sklepów Migros nie nie ma moim zdaniem, poza berneńską z niedźwiadkiem, żadnej dobrej czekolady. Można kupić w nim tylko nie za smaczną markę Frey. Po Lindty i inne Toblerone trzeba udać się do Coopa, gdzie oczywiście nie ma już Freya. 

Kolejne moje zmartwienie to mąka. Jako że prowadzę ostatnimi czasy żywot housewife, mam dużo czasu i ochoty na eksperymenty kulinarne. I znowu, w Migrosie jakieś cztery rodzaje mąki na krzyż. Nikt tu się nie bawi za bardzo w typy mąki. Na przykład "Weissmehl" to "weissmehl" , i to  jednej firmy. I nie ma "Basi najlepszej do naleśników" :-) ani innej najlepszej do ciast drożdżowych. Jak się komuś nie podoba, może pójść do innego sklepu, gdzie  znajdzie inną firmę (i tylko tę jedną inną rzecz jasna).
Proszki do prania? Płyny do zmywania? Znowu - w jednym sklepie takie, w innym takie, z pustym przecięciem (czyli brakiem elementów wspólnych ;-)).

I tak dalej. W każdym razie, jeśli jest się umiarkowanie wybrednym  i ma się swoje ulubione produkty z różnych kategorii, to bardzo prawdopodobne, że zakupy trzeba robić w więcej niż jednym sklepie. My na razie obskakujemy trzy :-) 

poniedziałek, 26 marca 2012

Rozczarowania

Tak to jest, kiedy człowiek nie zgłębi kraju, do którego wyjeżdża. Szwajcaria zawsze kojarzyła mi się z górami i długą śnieżną zimą. Bardzo cieszyłam się, że wreszcie moje kupione w zeszłym roku biegówki będą w codziennym użyciu przez parę miesięcy. Nasz szwajcarski współlokator na pytanie, jak wyglądają zimy w naszej okolicy mówił, że miewa problemy z podjechaniem pod dom, tzn. czasem nie udaje mu się do niego  dojechać (mieszkamy na wsi na takim wzgórzu, a droga do nas prowadząca nie jest solona). Nie mogłam się więc doczekać.
Po naszym wyjeżdzie do Czech i Polski na Święta dostaliśmy wiadomość, że zrobiło się biało i pięknie.

Niestety po powrocie na początku stycznia zastaliśmy szarzyznę i deszcz "padający w lewo", jak zaobserwował nasz przeuroczy gość Wojtas, którego przywieźliśmy do kraju gór. I właściwie krajobraz nie zmienił się zbytnio przez cały styczeń. Wpędziło mnie to w takie przygnębienie, że dopiero teraz otrząsnęłam się z niego na tyle, żeby być w stanie pisać te słowa :-) Kiedy na początku lutego spadło trochę śniegu, wyciągnęłam moje biedne przykurzone biegówki i wyruszyłam przed dom. Nie zaszłam za daleko - niestety śniegu było stanowczo za mało. Operację powtórzyłam za dwa dni, kiedy wydawało się, że może być lepiej. Tym razem byłam zawzięta, więc po około godzinie noszenia nart na plecach oraz przyprawieniu im wielu bojowych rys :-(  w czasie, kiedy próbowałam się na nich poruszać, trafiłam na jakąś łąkę z nawianym śniegiem. Po wykonaniu na niej kilkunastunastu okrążeń zaniosłam narty na plecach do domu... Niestety nie było im dane zobaczyć więcej zimy. (Z różnych względów, o których nie będę na razie pisać, nie za bardzo mogłam zafundować biegówkom podróż w bardziej dla nich sprzyjające miejsce. Bo oczywiście w górach zima w tym czasie była).

Po tych nieudanych przygodach nastąpił czas "wielkich" mrozów. I wtedy już byłam pewna, że moje wyobrażenia o prawdziwej szwajcarskiej zimie (nie tej w górach, ale w mieście), były tylko moim wymysłem. Mimo że temperatury w mieście nie były tak niskie jak w Polsce w tym czasie, zaczęło się wilekie narzekanie. U Boba w pracy wszyscy wyczekiwali już wiosny, na jakimś blogu o Szwajcarii wyczytałam, że to już prawie klęska - nawet fontanny nie działają (!!??), itd... A ja nawet ani razu nie założyłam getrów pod spodnie...
Wtedy przypomniały mi się nasze zeszłoroczne rozmowy skypowe z Bobem - kiedy on chodził u siebie (czyli w Szwajcarii) w krótkich spodenkach, ja w Warszawie ciągle nosiłam nie za grubą, ale zawsze  kurtkę...

Do tego wszystkiego doszły jeszcze tegoroczne kiepskie warunki lodowe w Kanderstegu.
No naprawdę rozczarowanie. Właściwie nawet ucieszyłam się, że zaczęła się wiosna, bo oszukana zima powodowała tylko narastanie złości.
Oczywiście ani razu nie mieliśmy większych problemów, żeby dojechać samochodem do domu.



środa, 14 marca 2012

Co zwiedzić

Oboje z Bobem nie jesteśmy specjalnymi fanami muzeów, więc uważnie wybieramy te, do których pójdziemy. I jak na razie tutejsze dwa, które odwiedziliśmy były strzałem w dziesiątkę. Celem tego wpisu miało być ich zarekomendowanie. Niestety, odwiedzając przed chwilą stronę internetową miejsca naszych ostatnich odwiedzin, dowiedziałam się, że Muzeum Zabawek w Davos 14tego kwietnia tego roku przestanie istnieć. Zrobiło mi się strasznie przykro, bo muzeum jest naprawdę cudowne. A i powód jest przykry - decyzja o zamknięciu związana jest z ciężką chorobą Angeli Prader, do której należą wszystkie wystawiane tam zabawki. 
Gdyby więc ktoś miał okazję być w tamtych okolicach do 13tego kwietnia, bardzo zachęcam do odwiedzin.
Nam udało się tam zajrzeć "dzięki" lekko uszkodzonemu w sobotę kolanu Boba. 

Zdjęcie pochodzi ze strony  http://www.spielzeugmuseum-davos.ch/00_frameset_de.html.    
Najstarsza z zabawek pochodzi jeszcze z 17tego wieku. Są  tam przepięknie wyrzeźbione z kości słoniowej miniaturkowe mebelki autorstwa więźniów wojennych z czasów Napoleona. Można obejrzeć moje marzenie dzieciństwa - miniaturkowe domki dla lalek, mini sklepy i apteki. Wśród nich jest też sanatorium z "Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna (przyznam, że nie czytałam, więc dla mnie podobnych - sanatorium z książki faktycznie znajdowało się w Davos). Są lalki z prawdziwymi włosami, pierwsze lalki Barbie oraz prototypy tychże (dosyć brzydkie :-)).
Dalej - marzenie dzieciństwa Boba, czyli pociągi (w pokaźnej ilości). A na ostatnim piętrze - metalowe zabawki ruchome.
Parę z tych zabawek można obejrzeć na stronie internetowej muzeum http://www.spielzeugmuseum-davos.ch/00_frameset_de.html. 









Innym muzeum, które warto odwiedzić, jeśli trafi się w szeroko pojęte okolice Berna (promień 70km :-)) jest Maison Cailler, czyli dom czekoladek firmy Cailler w Broc-Gruyere (to to Gruyere znane z serów). Skusiła nas oczywiście nazwa oraz obiecana degustacja czekoladek na koniec. Cały pokaz (bo po muzeum chodzi się razem z grupą) przygotowany jest z myślą o dzieciach, ale i my byliśmy zachwyceni :-). Jest historia czekolady  opowiedziana w wersji 4D (czwarty D powoduje, że cieknie ślinka :-)), worki z ziarnami kakao, które można sobie popodgryzać :-), mała taśma  produkująca czekoladki, a na koniec nieograniczona degustacja czekoladek Cailler! Dla chętnych jest też sala kinowa z krótkimi głównie starymi filmami o czekoladzie. No i oczywiście możliwość zakupienia w sklepie tych, które były wyjątkowo smaczne. Dla zainteresowanych informacje na stronie http://www.cailler.ch/en/Chocolaterie/Information.aspx  (wstęp dla dzieci do 16tu lat jest bezpłatny! :-)).






Po degustacji warto przejść się po okolicy fabryki czekoladek - miasteczko Gruyere i pobliskie jezioro są przepiękne. W Gruyere czeka jeszcze na nas muzeum Gigera, na razie odwiedziliśmy jego bar - polecam!
Na zdjęciu po lewej widoczne jest wnętrze baru wraz ze statywem do mikrofonu zaprojektowanym przez Gigera dla Korn. 















I do tego dla odwiedzających Berno mogę jeszcze polecić dwudziestominutowy "Bern show" serwowany za trzy franki w centrum informacji turystycznej przy parku z niedźwiedziami. Jest to krótka, ale bardzo ciekawie ozdobiona efektami historia Berna.





poniedziałek, 30 stycznia 2012

Recycling przez CH

Teraz trochę o śmieciach. Podobno Szwajcaria jest liderem jeśli chodzi o recycling. Nie wiem, na ile to aktualne dane, w każdym razie dobrze jej to wychodzi. Według danych sprzed paru lat ponad 40% śmieci jest recyclowanych. Zastanawiam się trochę, na ile wynika to z faktycznej dbałości o ekologię, a na ile z oszczędności. No ale liczy się efekt.

Idea polega na tym, że śmieci, których się nie segreguje, należy wyrzucać w specjalnie do tego przeznaczonych workach. Można je kupić w supermarketach, przy czym każda gmina ma swoje własne, być może różniące się cenami. Nasze Koeniz na przykład liczy sobie za jeden 35 litrowy worek 2 franki. Natomiast segregowanie nagradzane jest w ten sposób, że można takich śmieci pozbyć się za darmo pod warunkiem dostarczenia ich do specjalnych kontenerów oczywiście. 

I tak: segreguje się szkło. Są nawet trzy rodzaje pojemników - na szkło zielone, brązowe i "białe". Są pojemniki na puszki aluminiowe i pozostałe puszki osobno. W odpowiednie miejsca można też wyrzucić baterie a także olej silnikowy. Do tego są kontenery na butelki PET. Czasem razem z butelkami PET można wyrzucać również butelki po mleku, ale nie zawsze, więc należy uważnie przeczytać, co na takim kontenerze jest napisane. W niektórych miejscach na butelki po mleku jest specjalny pojemnik. Niestety, co jest w sumie dosyć zaskakujące, nie segreguje się pozostałych rodzajów plastików. W wielu miejscach są również pojemniki na kapsułki Nespresso (i tylko te).

Natomiast niezrozumiałym dla mnie utrudnieniem są papier i kartony. Te można wyrzucić tylko raz w miesiącu w wyznaczonych miejscach. Każda miejscowość ma swój kalendarz, który mówi, kiedy można pozbyć się swoich papierów. Jest to dosyć stresujące jak dla mnie :-), bo przegapienie TEGO dnia oznacza składowanie śmieci przez najbliższy miesiąc gdzieś w domu. Co więcej, trzeba się do tego całkiem przyłożyć. Przede wszystkim osobno należy przygotować papier, osobno kartony. I nie wszystko, co wydawało by się być papierem lub kartonem można wyrzucić - na przykład nie nadają się do tego serwetki papierowe, kartonowe opakowania po detergentach ani kartony po pizzy...
Po tym wstępnym posegregowaniu co wolno, czego nie wolno i co jest czym, należy poukładać papiery/kartony osobno w ładne kosteczki i związać je sznurkiem. Co do sznurka - nie jestem pewna, czy może być dowolny, więc na wszelki wypadek kupiliśmy sznurek, który się nazywa "recycling schnur". Miesięczny okres oczekiwania w razie niepowodzenia nie pozwala na eksperymenty :-) Absolutnie nie wolno wkładać papierów/kartonów np. do papierowej torby na zakupy, mimo że wydaje się to dobrym pomysłem - czasem ciężko przecież jest poukładać w kosteczkę porwane kawałki. Podobno w niektórych miejscach Szwajcarii jest to dozwolone, u nas nie. Niewłaściwe przygotowanie papierowych śmieci kończy się tym, że nie zostają zabrane i musimy się przemęczyć z nimi następny miesiąc...





czwartek, 26 stycznia 2012

Szwajcarski niemiecki - krótka lekcja pierwsza

Najpierw zaznaczę, że post o języku kosztuje mnie sporo wysiłku, więc na razie będzie skromnie. Do tego, mimo najszerszych chęci nie mam stuprocentowej pewności, czy wszystko, co napiszę jest prawdą :-) (głównie chodzi tu o dokładną pisownię, przyczyny pewnie będą jasne niżej). Ale starałam się solidnie przygotować zanim zaczęłam pisać. Bardziej zaawansowane  lekcje nastąpią zapewne po dłuuugim czasie.

W Szwajcarii jednym z języków urzędowych jest niemiecki. Właściwie większość kantonów jest niemieckojęzyczna. I z taką wiedzą przeżyłam większość swojego dotychczasowego życia. Nie ukrywam, że niesamowitym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że te niemieckojęzyczne kantony rozmawiają dialektem, a właściwie dla utrudnienia różnymi jego odmianami. Również wiele stacji radiowych i telewizyjnych posługuje się, no właśnie nawet tu mam problem, Schwyzerdütsch, Schwiizertüütsch, Schwizertitsch itd (odpowiednie słowo należy wybrać w zależności od tego, czy mieszka się w Bernie, Zurychu, Bazylei itd - kolejność niezachowana).
I żeby było jasne, jest to dialekt na tyle różny od niemieckiego, że Niemcy Szwajcarów nie rozumieją. Trafiłam nawet na dyskusję Szwajcarów, w której jeden sugerował, że szwajcarski niemiecki nie powinien być nazywany dialektem, ale odrębnym językiem. Nie wgłębiam się. Dość, że naprawdę się różni. Mnie osobiście podoba się dużo bardziej niż Hochdeutsch. Na moje niewprawne ucho brzmi jak mieszanka niemieckiego z norweskim (który to język kojarzę jedynie z kilkakrotnie oglądanego filmu "Kumple", ale przecież mogę mieć swoje skojarzenie. Na ile zdołałam się zorientować nie tylko ja takie mam, więc tym bardziej mogę o nim napisać :-)).
Na pocieszenie - wszyscy Szwajcarzy powinni znać niemiecki. Szwajcarski jest tylko językiem mówionym, ewentualnie pisanym na fejsbuku :-), więc w szkole wszyscy uczą się niemieckiego. Tak więc jeśli trafimy na miłą osobę, wystarczy poprosić, żeby przeszła na Hochdeutsch.

Jeśli ktoś jest ciekawy, znalazłam stronę z próbkami głosowymi różnych odmian szwajcarskiego http://www.dialekt.ch/liste.htm. 

Kluczem do dobrej wymowy w szwajcarskim jest gardłowe "ch" (brzmiące tak, jakby, delikatnie mówiąc, czyściło się gardło) - chyba ulubiona głoska tego narodu. Wszędzie podawanym jako reprezentatywne słowo szwajcarskiego niemieckiego jest CHUCHICHÄSCHTLI  (kredens kuchenny). Podobno można zyskać sobie sympatię Szwajcarów wymawiając je poprawnie. Ale nie wiem, czy to faktycznie wystarczy :-). Istnieje nawet teoria, że skrót CH oznaczający Szwajcarię nie pochodzi wcale od Confoederatio Helvetica, ale właśnie od ich słynnego chrząkającego "ch" :-).

Tyle tytułem wstępu. Na razie nie jestem gotowa, aby zagłębiać się w różnice gramatyczne i inne bardziej zaawansowane cechy szwajcarskiego. Ale pomyślałam, że parę słówek pozwalających poczuć się swobodnie w samoobsługowym sklepie :-) nie zaszkodzi.

Tak więc mały słowniczek część pierwsza (uwaga: może się to odrobinę różnić w zależności, od tego, w jakim kantonie jesteśmy)

  • Grüezi                           Dzień dobry (słówko to słyszałam wymawiane na co najmniej trzy sposoby)
  • Grüezi mitenand            Dzień dobry wszystkim ("mitenand" jest zawsze dodawane, jeśli mówi się "dzień dobry" więcej niż jednej osobie)
  • Salü,  Salü zäme            odpowiednio: Cześć, Cześć wszystkim
  • Merci, Merci vilmal        odpowiednio: Dziękuję, Dziękuję bardzo (niektórzy mówią "Danke", ale ale między k i e wciskają jeszcze swoje gardłowe                                          ch). Merci wymawiane jest ze zwykłym r, a nie tym francuskim.
  • (Uf) Widerluege, Ade     oba oznaczają "Do zobaczenia", ewentualnie Ade mitenand jako "Do zobaczenia wszystkim"

Właściwie w sklepie to powinno wystarczyć :-) Ewentualnie rada, której udzielił mi Bob to to, że nie proszą tutaj o drobne. A było to po tym, jak po raz pierwszy robiłam zakupy i pani zadała mi niespodziewanie pytanie, którego nie zrozumiałam. Ale uznałam, że na pewno pyta, czy nie mam drobnej końcówki. No więc przeszukałam monety i odpowiedziałam, że nie (przy okazji nie to nei). Wszystkiemu przyglądał się Bob i powiedział mi potem, że pani pytała mnie  o kartę stałego klienta :-). p.s. teraz już trochę lepiej rozumiem :-).

Cdn...